[:: O f w h a t I a m ::]
2009-02-17 19:54:55 >>
uprising.
Ile czasu musi upłynąć, aby zrozumieć swoje błędy i naprawić je? A jeśli tego nie da się zrobić? Jeśli zabrnie się za daleko, ze swoimi wszystkimi teoriami spiskowymi i psychozami, to czy nie będzie za późno, żeby pozwolić sobie na chwilę wolnej refleksji?
To wszystko na szczęście tylko hipoteza, bo śmiało mogę stwierdzić, że nas to już nie obowiązuje, i możemy spać spokojnie. Ale kiedyś byłoby to czymś w rodzaju "ostatecznego zakrętu" na tej zawiłej drodze naszego wspólnego życia.
Wiele niepotrzebnych krzyków, bezpodstawnych pretensji, łez oraz wiele kropel krwi musiało upłynąć zanim pojąłem tak prosta rzecz, jaką jest Twoja bezgraniczna miłość do mnie i Twoje oddanie. To co jest teraz między nami jest na swój sposób cudowne. Te wszystkie bolesne momenty w naszym życiu, niczym uderzenia młota kowalskiego o kawałek rozgrzanego metalu na kowadle, w końcu uformowały coś co można nazwać perfekcją. Krystaliczny pancerz, który ochrania i sprawia że wszystko staje się łatwiejsze. Zmieniłem się dla Ciebie, tak samo jak ty zmieniłaś się dla mnie, i to napawa mnie dumą w to jak wiele jesteśmy w stanie zrobić aby nasz związek przetrwał wszystko. Wiem, że jesteś w stanie oddać życie za mnie, i wiedz że z mojej strony jest tak samo. Ale obaj wiemy, że tak się nie stanie. Razem będziemy żyć wiecznie, nawet jeśli nasze ciała rozsypią się w proch. Twoje nad morzem, a moje nad przepaścią, to nasze uczucie połączy nas znowu, w tym bądź innym świecie. Za to stwierdzenie jestem w stanie poświęcić swoje życie. Nauczyłem się w końcu ufać Ci całkowicie i w każdej kwestii. Wiele nas to kosztowało, ale wiem dobrze, że Ciebie kosztowało to o wiele więcej. Podziwiam Cię i szanuję za to że jesteś ze mną tak cierpliwa i potrafisz zaufać w moje obietnice. Bo teraz wiem, że potrafiłem je dotrzymać do końca.
Jednak mimo tego jak jest teraz, wiem że pewne rany nigdy się już nie zagoją. Boisz się, że następnym razem kiedy spróbujesz otworzyć się przede mną tak jak wtedy, skaleczysz się i będziesz świadoma tego, że znów postawnie nieuleczalna rana. Następne blizny na prostej ścieżce naszego wspólnego życia. Dlatego, że dzięki temu będziesz o tym pamiętać, i będziesz się tego obawiać. Ale wiedz, że nie mam Ci tego za złe. TO mój błąd i ja poniosę tego konsekwencje. Ten ostatni raz.
Wiem, że nie chcesz być ze mną szczera do samego końca. Wiem też, że masz swoje obawy i nie tak łatwo wyleczysz się z tego. Ale dziękuje Ci za Twoją szczerość, bo wiem ile ona tak naprawdę dla Ciebie znaczy i kosztuje. Zdaję sobie też sprawę z tego, że kiedyś będziesz wolna i w pełni szczęśliwa pozbawiona wszelkich trosk. Pamiętaj również o tym, że ja będę trwał przy Twoim boku do samego końca i pomogę Ci w tej walce. Nie chcę żeby to zabrzmiało tak jakbym nigdy nie był, ale za każdym razem kiedy o tym myślę, wiem że jestem coraz bliżej Ciebie. Mam nadzieję, że zrozumiesz to jak ja to pojmuję, a będę mógł stwierdzić że jestem z Tobą naprawdę szczęśliwy.
I ostatnia kwestia, najważniejsza: Kocham Cię i obiecuję Ci, że uciekniemy stąd razem i uwolnimy się od tego koszmaru, który trwa przy Tobie od samego początku. Tego możesz być pewna, tak samo jak ja jestem pewny swoich uczuć do Ciebie.
pees/ Wiem, że nie zdołałem zawrzeć tutaj wszystkiego tego co chciałem, ale wiesz dobrze, że zawsze jestem tuż obok.
skomentuj (2)
2009-01-26 21:26:32 >>
emptiness without sorrow.
Dziś zrozumiałem, kim tak naprawdę jestem.
Dlaczego mój ból ma sens.
I w jakim celu robię to wszystko.
Nie wybrałem sobie życia, bez Twojej bezpośredniej ingerencji.
Nie chciałem trwać przy Tobie w wiecznym smutku i bólu.
Nie tak zaplanowałem sobie moje lęki i obawy.
A obaj wiemy, że teraz jest już za późno.
Urodziłem się z misją, której w tym żywocie nie zdołam wypełnić.
Z jednej prostej przyczyny:
Tą misję musiałbym skończyć sam, a sam już nigdy przecież nie będę.
Z tym również się pogodziłem.
Myślałem, że szczęście jest proste.
Myślałem, że wystarczy kogoś pokochać i oddać mu wszystko włącznie z duszą.
Myślałem, że przeszłość nie wpłynie na moje emocje.
Ale myliłem się, myliłem się jak nigdy dotąd.
To czego doświadczyłem graniczy już z obłędem, i schizofrenią.
Szkoda tylko, że tą właśnie schizofrenie dostałem w prezencie.
W prezencie od Ciebie.
Dziękuje, bo gdyby nie ty zacząłbym zabijać.
Zacząłbym niszczyć i pozbawiać nadzieji, wszystkich moich bliskich, aż do swojej własnej zagłady.
Nie oszukuj się, że jestem ślepy i nie potrafię dostrzec tego czego się boisz.
Nie mów mi, że sprawiasz mi ból tym w jaki sposób postępujesz.
Nie zadręczaj się tym, że sobie nie poradzisz.
Nie obwiniaj siebie za to, że jesteś toksyczna.
Ja o tym wiem.
I wiem to od samego początku.
Dzisiaj zrozumiałem, dlaczego jeszcze nie umarłem.
Dlaczego moje emocje są czyste.
I w jakim celu muszę je wykorzystać.
Gdy czytam to wszystko, w jaki sposób zaczynasz postrzegać własne myśli, tracę siły.
Pęka we mnie coś co kiedyś nazywałem, nadzieją.
Czuję jak opuszcza mnie determinacja.
Ale to tylko słowa, skrawki myśli które i tak zniszczy eter.
Zapomnę szybko, tak samo jak ty, dlaczego właśnie teraz.
Dlaczego akurat w tym momencie wszystko znika.
Nie przejmuj się tym wszystkim.
To minie, nawet nie wiesz jak szybko.
Może minie to w momencie kiedy kolejne łzy będą chciały napłynąć Ci do oczu.
A na pewno minie, gdy przeczytasz to wszystko i spojrzysz się na mnie,
a ja uśmiechnę się i powiem Ci jak bardzo Cię kocham.
To tylko chwila, chwila która nic nie znaczy.
Te słowa też nic nie znaczą.
Są po prostu częścią, tego co nazywamy naszym wspólnym obłędem.
Obłędem, którego tak bardzo kochamy, bo bez niego nie potrafimy współistnieć.
Dzisiaj zrozumiałem, dlaczego żyję.
Dlaczego mój smutek ma sens.
I w jakim celu nigdy nie zrezygnuję.
To co ty usilnie nazywasz złą postawą, jest tylko chwilą.
Chwilą, która właśnie minęła.
Nasze łzy i Nasza krew nie poszły na marne.
Bo dziś w końcu zrozumiałem.
skomentuj (2)
2008-11-27 21:00:23 >>
torture device.
Sid: Może wyjdę?
Sang: Tak, proszę, chcę po prostu się upewnić...
Posłuchałem i odszedłem, nie daleko, bo raptem do toalety. Prze chwilę zawahałem się, ale w końcu zamknąłem drzwi. Może niepotrzebnie, albo po prostu byłem zbyt przezorny i gdyby coś się naprawdę stało moje kochanie usłyszałoby dźwięk przekręcanego zamka w drzwiach jako sygnał alarmu, że jednak przejąłem się tym, co wyczułem. Ale gdybym nie zamknął drzwi, a moja chora ciekawość skłoniłaby mnie to tego żeby stanąć tuż za rogiem, obserwując z cienia to, co dzieje się na monitorze komputera, prawdopodobnie w tamtej chwili pożałowałbym tego do końca swojego życia, i nie potrafiłbym wybaczyć sobie tego, że czasem warto nie widzieć pewnych rzeczy...
"Fuck, ale ta gazetka jest denna". Myśląc to, nagle poziom mojej percepcji osiągnął apogeum. Tylko, dlaczego akurat wtedy? Być może dlatego, że nagle w całym domu objętość ścierwa przybrała niewyobrażalny dla mnie pułap... Chciałem zostać, ale przestraszyłem się. To było wręcz namacalne. Coś, co mógłbym wyciągnąć jak owoc na stole z równoległego świata. I cisza. Tak przerażająca, jak najgłośniejszy krzyk katowanego dziecka. Wiedziałem, że coś wisiało w powietrzu. Ale nigdy nie przypuszczałem, że może to przybrać realne kształty. Po przełamaniu chwilowego strachu, otworzyłem drzwi. Najpierw spojrzałem w stronę drzwi naszego pokoju. Nie, to nie to. Tam nic nie ma. Więc ruszyłem z wolna w stronę kuchni. Tętno przyspieszyło nagle. Zimny pot oblał moją twarz, a nawet nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać. Ale czułem to. Gdy moje spojrzenie przekroczyło krawędź ściany, za którą znajdowała się kuchnia, zamarłem. Oczy zaszkliły się, nogi chciały nagle odpocząć i odcięły dostęp wszystkich mięsni do podtrzymywania ich, dając mi przez chwilę odrobinę swojej dysfunkcji, a serce przez moment zatrzymało się, by potem z siłą młota uderzającego o kowadło, wznowić swój rytm na najwyższym z możliwych obrotów. Trwało to tylko dwie sekundy. Dwie sekundy, które przyprawiły mnie o najgorsze przerażenie, jakiego kiedykolwiek doświadczyłem. Dlatego że właśnie pierwszy raz. Nie spodziewałem się nigdy, że ujrzę coś podobnego, mimo że miałem przed oczami wszystkie możliwe wizje.
"(...) Dojrzała kobieta, w czarnym płaszczu, o kruczo czarnych włosach, które spowijały praktycznie ją całą, z błyszczącym przedmiotem w ręku, patrzyła się na Sang z góry, po czym odwróciła nagle głowę na znak zaakcentowania mojej obecności w pomieszczeniu, ukazując grymas wyraźnie układający się w szyderczy uśmiech, po czym znikła, zostawiając osamotnioną Sang skuloną na krześle z głową schowaną w dłoniach..."
Moje ciało przeszyła ogromna fala dreszczy. Moja natura nie zwykła obierać pozytywnie, tego typu ewolucji ścierwa. Przez chwile zawahałem się. Cisza, która wtedy panowała w tym pomieszczeniu rozsadzała mi czaszkę. Ale ruszyłem niepewnie w stronę biurka. Usiadłem tuż obok i spytałem ją załamującym głosem: "Pysiu, czy coś się stało?", na co usłyszałem, zwykłe: "Później pysiu, później"...
***
Mógłbym potraktować to wszystko, jako skromne podsumowanie tych wszystkich kryzysów, jakie doświadczyłaś ostatnio, ale bardziej skłaniam się ku stwierdzeniu, że to wszystko nagle eksplodowało z Twojego wnętrza i zapewniło mi te niezapomniane przeżycie. A może to był sygnał do tego, że w końcu trzeba coś z tym zrobić? Tylko jak ja mam niby Ci pomóc? Krzykiem? Prośbą? A może mam poczekać jak zwykle, aż to wszystko minie... Ale co w tym przypadku jest najlepsze dla nas? Nie wiem, i może nigdy się nie dowiem, jeśli nie spróbuje. Schowam w końcu swoją dumę, uprzedzenia i wszystkie możliwe obawy w kieszeń i zmienię w końcu coś, co przez ten cały czas nie dało się zmienić. Z jednej strony chciałbym wniknąć bezpośrednio w Twoją psychikę, zmanipulować ją w taki sposób, żeby w końcu była prawidłowa. Właśnie tylko dla kogo? Dla mnie, bo będę miał spokojne sny i sumienie, czy może dla Ciebie, że w końcu się od tego uwolnisz? Za dużo pytań jak na jedną noc, a w około tylko same poszlaki.
Dalej Sid weź się w końcu w garść, bo czas w końcu jakoś zadziałać. Właśnie, jakoś...
***
Znowu moja cholerna wyobraźnia w połączeniu z nadprogramową dawką doznań z wnętrza podświadomości, płata mi figle. Najpierw niewyobrażalna fala "zbyt realistycznych snów", które drążą we mnie potężną dziurę, której nie sposób ogarnąć jedną myślą. A potem wahadło dziwnych nastrojów, których nawet nie warto interpretować na trzeźwo. A to wszystko namacalnie wręcz mnie dobija, i źle się z tym czuje. Część tego wszystkiego staram się schować za otoczką współczucia, żalu i bezsilności, jakie ogarniają mnie, gdy tylko na nią spojrzę. Bo widzę, że jest źle, tylko czy to nie czasem ja sam się tak nakręcam? Możliwe, ale wierze głęboko w to, że to minie. Musi. Bo nie chcę dawać satysfakcji własnym snom, że jak w końcu to minie, to może być już o wiele za późno.
Wspieram Cię, jak tylko mogę, uczę się być pomocny, a przede wszystkim cierpliwy. Bo coś skłania mnie do pozytywnego myślenia, mimo że wszystko wskazuje na jakiś chory negatywny scenariusz, ale ja po prostu to wiem! Wiem, że to się skończy, i wiem, że to właśnie ja przyczynię się do Twojego wyzdrowienia, i wiem, że nikogo nie będę tak bardzo kochać jak Ciebie kocham! Po prostu wiem...
skomentuj (1)
2008-10-12 00:18:45 >>
i save you from your curse.
Nie, wcale nie uważam, że napisanie nowej notki po takim długim czasie abstynencji, to jakiś rodzaj wielkiego come backu. Po prostu stwierdziłem, że ilekroć czytałem wszystkie te notki zamieszczone przez moje jedyne-kochane-słońce na swoim średnio-prywatnym online'owym notatniku, tyle razy miałem ochotę to jakoś skomentować. No ale po prostu w wyniku tych wszystkich rozmów, które zawsze były toczone po zamieszczeniu tego typu uzewnętrznieniu myśli, komentarz wydawał mi się zbędny. Mimo wszystko jakąś regułę trzeba zachować. Ale teraz zaczynają się schody... Bo jak tutaj zawrzeć cokolwiek, co znajduję się w moim irracjonalnym wewnętrznym "ja", jeśli większość z tego co miałem okazję powiedzieć/napisać, już moje loves one usłyszało. W każdym bądź razie postaram się jak tylko mogę, i może co nieco się wyjaśni. No i już prawdę mówiąc zjebałem sobie cały wstęp, bo miało być zupełnie inaczej. No ale tutaj nie o to chodzi. Chodzi mianowicie o to, że moje darl przechodzi teraz trudny okres, który prawdę mówiąc dla mnie też nie jest specjalnie łatwy. Jedyne co mogę zrobić do odesłać wszystkich do jej diary, i nic poza tym.
A wszystko zaczęło się od tego, że w końcu uświadomiłem sobie co tak naprawdę czułem, a bałem się to okazać w pełni. Wszystko jak zwykle w takich kwestiach ma swoje odzwierciedlenie w przeszłości [ty sama coś o tym wiesz, hun], i nawet nie wiem jak bardzo chciałbym o tym zapomnieć/zanegować/odrzucić-czy-cokolwiek, to tak nie będzie. Niestety wynikło to z mojej obietnicy, którą sam sobie złożyłem, na "łożu śmierci". A brzmiało to mniej więcej tak: "Pamiętaj, że już nigdy w życiu się nie zakochasz, a nawet jeśli, to nigdy nie zaufasz, a jeśli tak, to poczekaj aż przestaniesz, bo ból jaki przyniesie Ci rozczarowanie znowu Cię zabije. Więc pamiętaj: nigdy nie ufaj, i nigdy nie kochaj, bo i tak umrzesz samotny". Jak na ironię, cały ten bełkot, aż do teraz trafiał we mnie mocniej niż pocisk. Teraz prawdę mówiąc, śmieszy mnie on do rozpuku. Jak mogłem być tak nieczułym skurczybykiem, i na dzień dobry pozbawić się szczęścia, i potencjalnego dla innej? W każdym bądź razie to była przeszłość, która nie ma dla mnie już żadnego znaczenia. Najważniejsze teraz dla mnie jest to co tak naprawdę czuję wewnętrznie moje kochanie. I nie jest mi z tym lekko. Moja wewnętrzna wrażliwość cierpiała, z każdym następnym zdaniem które karmiłem oczy. Czułem się bezsilny. Co gorsza czułem też, że to wszystko nie ma już sensu. Ale tak się nie stało. Bo to co odczuwałem wtedy, nie ma pokrycia w realnym świecie. To wszystko mógłbym spokojnie schować do pudełka i o tym zapomnieć, ale ilekroć na nie spojrzę, coś drażni mnie w trzewiach. Irytuje, i tyle. Ten fakt jest i ja go nie zmienię, nawet nie wiem jak bardzo bym chciał. I nie bierz tego do siebie, ale to minie, tak samo jak twój stan. Tylko czasem mam skromne odczucie, że ja nic tak naprawdę nie robię, mimo że widzę zmiany. Zajebiste zmiany, i jestem z tego strasznie dumny. Tak jakbym był dumny z syna, który zajął pierwsze miejsce w jakimś konkursie. I chcę żebyś o tym wiedziała, bo jest to dla mnie ważne. I tutaj nie chodzi o to, czy to co mówiłem Ci wcześniej i jak się zachowywałem miało jakiś wpływ na to jak jest teraz, ale po prostu, chcę żebyś wiedziała.
Teraz po tym "skromnym nie-wstępie", chyba możemy spokojnie przejść do meritum [tak, wiem że to co napisałem, jest ultra-chaotyczne-i-chuj-wie-jakie, ale wiesz dobrze, że nadal mam z tym drobne problemy]. A consensus jest taki: to co dla mnie robisz, jak odbierasz pewne rzeczy i w jaki sposób sobie z nimi radzisz, utwierdza mnie wręcz dosadnie, w tym zajebiście ważnym fakcie, że Ci na mnie tak bardzo zależy, i boisz się że mnie stracisz, przez Twoje wszystkie wewnętrzne walki z sobą i Twoimi mentalnymi bataliami, które toczysz od samego początku. Ale musisz w końcu pojąć [bo nie masz wyjścia], że mnie również na tobie zależy, i też boję się że Cię stracę, dlatego miałem te swoje wszystkie chore teorie spiskowe, i inne schizy, ale to wynikło tylko i wyłącznie od tego co sobie obiecałem kiedyś. Teraz jestem pewny swoich uczuć do Ciebie, jak nigdy w życiu. Wiem, że potrafię Cię kochać, i zrobię wszystko abyś ty nie miała przed sobą obaw, które potrafią Cię tak sparaliżować i sądzić, że to co mówisz mnie rani, a to czego nie chcesz powiedzieć boli jeszcze bardziej. TAK NIE JEST, I NIGDY NIE BĘDZIE! Przecież widzę, że to Cię dręczy, czasem dobija i nie daje Ci spać spokojnie. Dlatego, chcę żebyś otwarła się przede mną tak bardzo, że nie będziesz mieć tego typu "niedogodności" w głowie. O to tylko proszę.
Na koniec, stwierdzić muszę, że nie o to tak naprawdę mi chodziło. Chciałem po prostu stworzyć coś na wzór komentarza do tego co działo się przez ostatnie kilka tygodni. Coś "lekkiego". Chciałem napisać o Twoich "słabościach", o tym jak to przechodziłaś, ile Cię to kosztowało etc, {może następnym razem, nie wiem}. Coś, co tak naprawdę obaj doskonale już wiemy, ale nie chcemy mówić, bo przecież to takie oczywiste. I nawet nie chcę mi się tego wszystkiego czytać, żeby zrobić jakieś logiczne poprawki, bo po prostu się to wszystko wylało ze mnie i tyle, a ja nie należę do osób, które zastanawia się dziesięć razy nad tym co napisało i jak to zostanie odebrane. Po prostu jest i tyle. No ale mi chyba nie wyszło. Albo wyszło, tylko ja pewnie mam drobne problemy z percepcją, czy tam innym rodzajem postrzegania faktów. Nie wiem, może mi to kiedyś wyjaśnisz, ale czasem ja też mam takie swoje małe jazdy w okolicach mojej potylicy, że nawet nie mam sił się nad tym dłużej rozwodzić. Może mnie to już po prostu męczy, nie wiem. Mało ważne. Najważniejsze jest to co jest teraz. A jest pięknie! Cudownie! Jest tak, że nigdy bym nie przypuszczał, że coś takiego może spotkać akurat mnie. A na pewno nie przypuszczałem, że to jak ty to odbierasz, przyniesie mi taką ulgę, i pozoli twierdzić otwarcie, że jestem dla Ciebie czymś co można nazwać "nagrodą", za wszystkie cierpienia, troski, i rozczarownia. I naprawdę dążyć będe do tego, żeby tak było, i nie ma mocnych!
A żeby było dostatecznie wykwintnie jak na zakończenie i w ogóle romantycznie:
Kocham Cię, Alleluja i do przodu!
<3
skomentuj (2)
2008-09-14 22:15:10 >>
gratefully.
Chciałbym w końcu znaleźć te odrobinę odwagi w sobie, żeby powiedzieć Ci jak bardzo żałuję. Paradoksalnie, nie chodzi tutaj o moje stanowisko względem Twojej osoby, lecz to w jaki sposób układają mi się myśli. A myślę zdecydowanie za dużo ostatnimi czasy. Tworzę w swojej głowie jakieś chore teorie spiskowe, i najgorsze w tym wszystkim jest to, że zaczynam w nie wierzyć. Nie potrafię Ci tego wytłumaczyć, ale tak właśnie jest. Nie chcę tutaj robić wywodów, na ten czy inny temat. Nie chcę wracać do przeszłości, bo wiem, że to wszystko jest już za mną. Choć to, w jaki sposób zacząłem myśleć po „tej tragedii”, nie jest spowodowane uwarunkowaniem mojego trudnego (bo tak jest wygodniej) charakteru. Względnie to wcale nie powinno wpływać na nasze relację, ale jakoś spać spokojnie po tym nie potrafię. To, co usłyszałem wczoraj było szczere, zajebiście szczere, i dziękuję Ci za to. Wiem dobrze, że wynikło to pod wpływem chwili, lub jakieś silnej emocji, ale wiele rzeczy, które we mnie wtedy siedziały nie chciałem z siebie ot tak wyrzucić. Może dlatego, że nadal się boję? Albo dlatego, że po prostu nie chciałem Cię skrzywdzić? Ale to, w jaki sposób zachowałaś się po tym co usłyszałaś przez telefon, wystarczyło mi za tysiąc słów. Czułem ogromny żal, bo myślałem, że to też jest już za Tobą i wewnętrznie masz wszystko poukładanie, ale chyba tak wcale nie jest. Zwłaszcza teraz, kiedy „ciśnienie” już opadło. Nadal czuję w tobie to ogromne przejęcie, to napięcie i to jaką masz minę ilekroć usłyszysz jakieś złe wieści, i to że za wszelką cenę, nie potrafisz przestać o tym myśleć, a to jest tym bardziej irytujące. Empatia. Jestem w stanie to zrozumieć, bo też mam przejawy tego typu mentalności. Tylko, dlaczego Twoja empatia przeszła wszelkie granice, i to do tego stopnia, że „musiałaś o tym zapomnieć na siłę”? Może dlatego, że kiedyś byłaś z nim tak blisko? Wiem, że on Cię też skrzywdził, i przeżywałaś to samo co ja, ale skoro teraz jest dla Ciebie tylko człowiekiem, którego kiedyś znałaś, dlaczego tak się zachowujesz, i dajesz mi pretekst do myślenia w ten sposób? Nie obwiniam Cię, że coś jeszcze do niego czujesz, ale z trudnością mi przychodzi myślenie w ten sposób. Zaufanie. To mocne słowo, ale czego można spodziewać się po osobie, która będąc zakochana tak bardzo, została skrzywdzona w sposób, w jaki układa się scenariusze to melodramatów? To bolało, a bolało tak bardzo, że nawet nie jestem w stanie opisać tego słowami. Wiem tylko jedno, że kiedyś nadejdzie ten czas, kiedy będę mógł powiedzieć, że ufam Ci bezgranicznie, bo to co dzieje się teraz jest dalekie od takiego stwierdzenia. Przepraszam Cię, że nie potrafię, ale chcę znowu się tego nauczyć, i staram się jak tylko mogę. Kocham Cię, i akurat to stwierdzenie nie jest niczym uwarunkowane, bo po prostu tak jest. Wdzięczność. To na pewno jest i będzie, bo wiem, że to właśnie dla mnie musiałaś zrezygnować z tych wielu rzeczy, które przynosiły Ci radość, na swój sposób szczęście, i tą beztroskę. Mimo wszystko, wiem że gdybyś chciała, to i tak postąpiłabyś po swojemu, i nie rezygnowałabyś z niczego. I to, że nie mówię Ci o tym, jak bardzo jestem Ci wdzięczny, to wiedz że tak właśnie jest. Choć z tych miliona pytań, które mnie gnębią od samego początku, na jedno nie jestem w stanie odpowiedzieć: A co jeśli to nie skończy się happy endem?
skomentuj (2)
2008-06-26 12:49:09 >>
it's time to judge myself.
Czasem moje myśli, są nad wyraz nieskładne i
irracjonalne. Nawyk, czy wygoda? Zdecydowanie momentami myślę za wolno. Dlatego
między nami jest tyle nieporozumień. To, że nie odzywam się, kiedy ty mówisz,
świadczy tylko i wyłącznie o mojej akceptacji. Jeśli akceptuję, to znaczy, że
Cię rozumiem. Moje milczenie nie jest oznaką zrezygnowania, czy jakiś wyrzutów
względem Ciebie, jest moją czystą formą zrozumienia. Może akurat w tym momencie
nie daje po sobie tego poznać, ale tak właśnie jest. Choć z drugiej strony
nasza więź mentalna jest tak silna, że nie sposób jej przerwać wspólnym
milczeniem. Ty tak szybko radzisz sobie z troskami, mnie zajmuje to nieco
dłużej. Nie oznacza to, że zamykam się w sobie i duszę się z myślami. Zaczynam
sobie to po prostu to wszystko układać w głowie. Dlatego, jestem taki spokojny
i zrównoważony. Gdybym zapominał tak szybko, źle odbiłoby się to na mojej
psychice. Wiesz to tak samo dobrze, jak ja. Poza tym mój umysł składa się teraz
z wielu warstw, które zostawiła przeszłość. Ta najbardziej emocjonalna, leży
głęboko pod całą ich resztą, dlatego trudno mi ją uzewnętrznić w pełni. Ale
pamiętaj, że ona tam jest i będzie zawsze. Powstała ona, kiedy po raz pierwszy
raz Cię ujrzałem. Kiedy po raz pierwszy mi zaufałaś, tak naprawdę nie znając
mnie i nie wiedząc jak na to wszystko zareaguję. Już wtedy wiedziałaś, że jest
we mnie miejsce na Twoje uczucie. Ja natomiast wiedziałem wtedy, że nie mogę
Cię teraz opuścić i zostanę przy Tobie, już na zawsze. Wiem, że jestem Ci
potrzebny, bo tak samo Ty jesteś potrzebna mnie. Nie jestem w stanie teraz
określić, co by się stało, gdybym Cię nie spotkał. I choć nie jestem fatalistą,
to jednak muszę to powiedzieć: Los tak chciał, żebyśmy się spotkali, bo takie
jest po prostu nasze przeznaczenie. Obaj mamy w tym swój udział. Obaj musimy zrozumieć,
dlaczego właśnie teraz to się stało, kiedy wszystko wskazywało na to, że to
byłby już nasz definitywny koniec, przynajmniej w sferze mentalnej. Czegoś
takiego nie jest w stanie nikt przewidzieć. Dlatego naszego głębokiego uczucia
nie sposób jest już zapomnieć, czy wymazać. Uczucia tak mocnego, i jednolitego,
nie da się nauczyć, ono samo dojrzewa w nas. I nawet tęsknota jest tutaj czymś
ważnym. Bo ją też trzeba pielęgnować, inaczej wszystko straciłoby sens. Musimy
tylko wspólnie poczekać, na te spektakularne przełamanie wszystkich barier w
naszych umysłach, by nie dusić już w sobie tych ważnych dla nas słów. Nigdy więcej.
I choć znów okażę swoją wygodę, to wiedz, iż kocham Cię całym swoim sercem i
nigdy Cię nie opuszczę!
skomentuj (3)
2008-06-15 14:55:46 >>
lost in thoughts
Tym razem, krótko i zwięźle.
Mój sentymentalizm i wrażliwość, zawsze były dla mnie przekleństwem. Takim,
który niesie za sobą zwęglone ciała i rozdarte zwłoki. Ile razy w głowie
zagości ten zdradziecki obraz z przeszłości, tyle razy żałuję, że w ogóle był
przyczyną i skutkiem moich dotychczasowych działań. Chciałbym wziąć białą farbę
i zamalować te czarne rysy w mojej pamięci, ale ilekroć sięgam po pędzel, mam
wyrzuty sumienia. Nie dlatego, że tak bardzo skrzywdziłem tych wszystkich
nieświadomych tego, co się właśnie stało, lecz dlatego, że to właśnie przez
nich nie mogę zapomnieć. I tylko gdybym mógł, chociaż nie patrzeć w ich stronę,
może wtedy te rysy zaczęłyby w końcu blaknąć. Bo zawsze, gdy jestem sam na sam
ze swoimi myślami, jakaś wewnętrzna siła każe mi znowu na nie spojrzeć. Nie
potrafię już tego kontrolować. A może to tylko moje wygodne tłumaczenie?
Zresztą, przecież to jest w końcu tylko przeszłość. Coś, co się wydarzyło. Coś,
co już mnie zmieniło. I coś, co nie wróci. Więc dlaczego moja podświadomość karmi
mnie tą iluzoryczną bajką, pt. "A jeśli"? Światło już zgasło, kurtyna
opadła, pierwszy akt się zakończył, a teraz aktor przygotowuje się do odegrania
następnej roli. Tylko, dlaczego wśród całej tej pięknej dekoracji i ekspozycji
nadal nie widać nigdzie suflera?
skomentuj (4)